
Jedną nogą na drugim roku pedagogiki
4 lipca zakończyłam oficjalnie pierwszy rok pedagogiki, zaliczając ostatni egzamin. Przede mną wakacje. Czas regeneracji, odpoczynku i zbierania sił na kolejny rok. Jaki był pierwszy rok na studiach?
Zapisując się na studia miałam duszę na ramieniu i łzy w oczach, a przy zmianie uczelni byłam bliska szaleństwa. Jestem właśnie z tych panikujących, którzy boją się, że nie dadzą rady, wszyscy go wyśmieją i po co im to wszystko. Warto jednak spełniać marzenia, pokonywać własne bariery i iść pod prąd. Teraz wiem, że podjęłam dobrą decyzję.
O tym, jak to się stało, że w wieku 35 lat zapisałam się na studia przeczytasz w poprzednim poście.
Rozpoczynając studia postawiłam sobie kilka celów do realizacji:
- bycie przykładem i inspiracją dla innych
- danie z siebie wszystkiego
- zdobycie stypendium rektora.
Cele kontra rzeczywistość
Natłok materiałów, które miałyśmy opanować, momentami mnie przytłaczał i odbierał chęci do dalszej nauki. Każdy z nas ma czasem jakiś kryzys. Ważne, by mu się po prostu temu nie poddać. Nie poddałam się. Podnosiłam się za każdym razem i robiłam wszystko na maksa. Lubię działać kompleksowo, a przy pracach twórczych mogłam popłynąć!
Takie zaliczenia czy ćwiczenia to była dla mnie przyjemność (chociaż ogrom pracy i nerwów w idealne przygotowanie podnosiło ciśnienie), dając na koniec ogromną satysfakcję! Dzięki nim poznałam nowe programy, aplikacje, inspirujące grupy na Facebooku, z których mogłam (i cały czas to robię) czerpać inspirację, uzyskać pomoc czy pozazdrościć innym tak wspaniałych projektów.
To dzięki własnemu uporowi i życzliwości innych nauczycieli mogłam zaskakiwać na zajęciach, wychodzić poza schematy, tworzyć i inspirować. Oblewając się pięknym buraczanym kolorem po pochwałach koleżanek z roku i wykładowców. W takie projekty, ja po prostu wkładam całą siebie. Tyle.
Z egzaminami ustnymi miałam większy problem. Tu musiałam „wkuwać na blachę” materiał. Chciałam jednak, by to nie była pusta teoria, ale starałam się ją zrozumieć i znaleźć przykłady z życia, pasujące do danego tematu. Udało mi się to osiągnąć. Nie za każdym razem, tak jak bym chciała, ale mimo wszystko jestem zadowolona z wyników jakie osiągnęłam. Nie miałam niższej oceny niż 4, choć i tu miałam do siebie żal, że mogłam się lepiej przyłożyć, powtórzyć coś więcej. Takie życie, nie zawsze się ma to co się chce.
Bo trzeba uczyć się na błędach
Wyciąganie wniosków z własnych błędów i zachowań daje mi siłę na zmaganie się z kolejnymi wyzwaniami. Teraz wiem, na co bardziej zwracać uwagę, poznaję swoje słabe strony i wiem nad czym muszę popracować. Nie udaję, że jestem najlepsza, że wszystko wiem i przychodzi mi to z łatwością. Jestem jednak ambitna na tyle, by podnosić sobie poprzeczkę. W końcu jak spadać to prosto z gwiazd. Wysoki koń to za mało.
Dlatego szukam szkoleń czy kursów, które pomogą mi w dalszej pracy i nauce, dopytuję, poszukuję rozwiązań i możliwości. Wiem, że muszę popracować na wystąpieniami i wypowiadaniem się, bo łapie mnie taki stres, że wszystko mi się miesza, łapię „buraka” i wygląda na to, że średnio się przygotowałam, co wcale nie było prawdą.
W końcu wszystko siedzi w mojej głowie.
Podsumowanie pierwszego roku
Jak więc zakończył się ten pierwszy rok na studiach? Waham się między słowem dobrze, a bardzo dobrze. Nie wiem, które bardziej mi tutaj pasuje. Czasem jestem za bardzo krytyczna wobec siebie, więc wybiorę bardzo dobrze. Końcowa średnia wynosi 4,88 ze 100% obecnością na zajęciach.
Wszystkie egzaminy zaliczone w pierwszym terminie (poza jednym, gdzie zaliczałam 2 tygodnie później z kilkoma osobami, ale miałam ogromne wyrzuty sumienia, że tak zrobiłam…), a zaliczenia przesyłane przed czasem końcowym.
Aktywność na zajęciach również była dobrze odbierana, a prowadzone dyskusje, gdzie zdarzało się, że miałam zupełnie inne spojrzenie niż inni, zdobywałam uwagę i pochwały.
Z sukcesów mam na koncie również pochwalę za referat o ocenianiu kształtującym, gdzie napisałam najlepszą pracę w grupie. Słowa te skierowane były bezpośrednio do pani dziekan. Nie powiem, skrzydła mi urosły.
Również na edukacji przyrodniczej złapałam kilka miłych słów, a na egzaminie z języka polskiego usłyszałam, że od pierwszych zajęć widać było, że nie chodzi o samo zaliczenie, ale o dzieci. Widać, że robię to dla nich, to one są najważniejsze i robię wszystko, by były zadowolone i ciekawe świata.
Największym komplementem jaki usłyszałam, były słowa od koleżanki, która chciałaby żebym uczyła jej dzieci. Pani doktor Ewa też by chciała tego dla swoich dzieci. Wtedy mnie zamurowało. Nie umiałam się wysłowić, zabrakło mi tchu i nie wiedziałam, gdzie mam patrzeć.
Udało się spełnić również drugi punkt!
Nie nadaję się do systemowej szkoły
Ja po prostu nie chcę być zwykłym nauczycielem. Dzieci to nie kółka, które ciosa się na kwadraty, by pasowały do pudełka. Jeśli dzieci zobaczą mnie ciekawą świata i jego możliwości to również będą tego ciekawe.
A jeśli będę szarym, nudnym i zmęczonym belfrem? Jaki będzie ich stosunek o nauki i edukacji?
Chcesz iść na studia po 30-stce?
Idź. Spełniaj marzenia, rozwijaj się, dbaj o siebie. Nigdy nie jest za późno, by zrobić coś fajnego. Wszystkiego można się nauczyć. Pamiętaj, ograniczają Cię tylko twoje lęki i wyobraźnia. Trzymam kciuki za siebie i za Ciebie!
Stypendium rektora
Mam dużą szansę spełnić i ten cel. Na chwilę obecną zbieram dodatkowe punkty, by mieć pewność, że znajdę się na liście najlepszych studentów. Warto czasem się przyłożyć i sięgać wyżej i nie poddawać się na samym początku drogi, bo życie lubi zaskakiwać.
Plan na drugi rok?
Oczywiście, że mam! Stypendium rektora na kolejny rok, przełożenie wiedzy i umiejętności na aktywną pracę z dziećmi i udział w poważniejszych projektach i wolontariacie. Jakie projekty? To się klaruje 😉 Jeśli chodzi o stypendium to poza wysoką średnią chcę rozwinąć się w kwestii konferencji czy publikacji…
Mąż się śmieje, że zawyżam poziom i przestaną mnie lubić 😀 No cóż, studia to dla mnie nie tylko papier i pusta teoria.


